Pojawiły się już zarzuty, że jestem przeciwnikiem występów Grzegorza Turnaua w Inowrocławiu po moim sobotnim tekście. Nie ma sensu im zaprzeczać, bo każdy, kto czytał mój komentarz do tego tekstu kilka stron dalej zapewne go zrozumiał.
Uważam, że koncert powinien być, bo artysta stara się, aby za każdym razem był inny od poprzednich. Zresztą, gdyby chciał udziwniać na siłę, to by narzekano jeszcze bardziej, bo starą jak sama muzyka zasadą jest, że wszyscy chcą słuchać tych piosenek, które już słyszeli i właśnie przy nich najlepiej się bawią.
Jedyne, co bym zmienił w corocznych przyjazdach Grzegorza Turnaua do Inowrocławia, to zrezygnowałbym z telewizyjnej obecności na nasze pieniądze. Tak na marginesie, chętnie zapoznałbym się z budżetem całej imprezy, bo jest on od początku mocno tajemniczy, identycznie zresztą jak turniej tenisowych sław, czy raczej osławionych ludzi, którzy w sierpniu grają w Solankach.
P.S. Oto treść mojego sobotniego komentarza dla tych, którzy nie czytali. Albo czytali bez zrozumienia.
Za całkowicie bezpodstawne uważam narzekanie niektórych mieszkańców na to, że przejadł im się już Grzegorz Turnau. Co prawda, nie byłem na jego koncertach za każdym razem, ale z tego co widzę, co roku stara się on zaprosić innych gości. Zapewne repertuar także stara się zmieniać. Miasto powinno jednak utrzymywać koncerty nie ze względu na starania piosenkarza, ale z powodu kuracjuszy. Przecież nie mamy tych samych co roku. A że taki koncert w malowniczej scenerii tężni jest dla nich atrakcją, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Nie lekceważmy zalet marketingu szeptanego, którego nośnikami są wracający do domu kuracjusze oraz zalet cykliczności takiej imprezy. Przecież pod Grunwaldem też co roku wygrywają Polacy, a inscenizacja przyciąga tysiące widzów.

