W moim i innych blokach KSM zainstalowano nowe skrzynki na listy. Prowokują one wręcz złodziei oraz niedyskretnych sąsiadów.
Nie należę do ludzi nie ufających sąsiadom, ale mieszkania otwartego nie zastawiam. Teraz, chcąc nie chcąc, wystawiam swoją korespondencję dla oczu sąsiadów i wszystkich innych ludzi wchodzących do klatki schodowej. Kilka dni temu zrobiłem mały sprawdzian. Sprawdziłem, czy można ręką sięgnąć daleko do mojej skrzynki. Górą to niemożliwe, bo jest w nich wygięta blaszka. Jeśli jest w niej gazeta, to da się bez większego problemu. Wyjdzie trochę podarta, ale po chwili mam ja w ręku. Z listem też się da, jeśli skrzynka jest w miarę wypełniona. Wystraczą sprawne palce i oczywiście zła wola. Nie przychodzi to może super łatwo, ale jednak da się.
W spółdzielni odpowiadają, że gdy ktoś ma złą wolę, to zarówno w przypadku nowych, jak i starych skrzynek dało się coś wyciągnąć. No i mają atest. A mi wydaje się, że nowe skrzynki nie są złe, ale są zbyt płytkie. Gdyby były o kilka centymetrów wyższe, gmeranie na ich dnie byłoby niemożliwe. Teraz nie sprawia to dużego problemu, więc nasza korespondencja jest wystawiona na oczy nie tylko sąsiadów, ale i wszelkiej maści roznosicieli ulotek.
Mając więc do wyboru stare i odrapane skrzynki oraz nowe i błyszczące, nawołuję: Oddajcie mi stare! Wolę brzydkie, ale gwarantujące bezpieczeństwo korespondencji.
O sprawie skrzynek piszemy w dzisiejszym „Expressie”.

