Jutro minie 5 lat od ukazania się ostatniego numeru Ilustrowanego Kuriera Polskiego. Dziennik ten był niesamowitym zjawiskiem na mapie kujawskich mediów w latach 70. i 80. Później upadł za sprawą zjawiska, które dziś pewnie niektórzy nazwaliby „układem”.
Zwykli ludzie lubili tę gazetę, bo pisała o codziennych sprawach w sposób dostępny. Urzędnicy czytali ją, bo wtedy dowiadywali się o problemach tych zwykłych ludzi. Opisywała, gdzie są dziury w chodnikach, w którym sklepie nie ma chleba (w latach komuny to był duży problem, jeden z wielu zresztą), lub zastanawiała się, czy cytrusy dotrą na święta do Inowrocławia. Duża w tym zasługa Henryka Zimmera, który miał styl dziennikarza-łazika. Spędzał wiele godzin chodząc po mieście i szukając ciekawych tematów. Gdy szybko udało się zrobić numer i wysłać do drukarni, miał zwyczaj zamykać się w pokoju i śpiewać. A głos miał donośny.
Ważne były też nekrologi. „Kurierek” miał ich mnóstwo, a za dodatkową opłatą zamieszczał w nich krzyż, co było ewenementem w latach komuny. Pamiętam, że wielu ludzi lekturę gazety zaczynało właśnie od dowiadywania się „kto umarł”.
Wreszcie umarł sam „Kurierek”. Lata 90. to dla IKP okres stopniowego upadku. Dziennik nie potrafił specjalnie dostosować się przemian ustrojowych, a później zaczęły przy nim majstrować różne indywidua. Pamiętam jak pracujący tam ludzie z niesmakiem wspominali o naciskach różnych prawicowych polityków, że „to ma pójść” a „tamtemu trzeba dowalić”. Co bardziej rzetelni dziennikarze zaczęli się z niego ewakuować, aby nie splamić sobie nazwisk. No i skończyło się 9 listopada 2002 roku. Nikt „Kurierkowi” nie zrobił nekrologu. Z krzyżem.


dla sprawiedliwośc - dowalali i prawicowcy i lewicowcy