Nieskazitelną czystość władz miasta mógł naruszyć nasz dzisiejszy tekst o tym, że mimo zapewnień, do końca maja harcerska czapka skradziona dwa i pół miesiąca temu nie wróciła na Pomnik Obrońców Inowrocławia.
Dziś od rana podobno czapka była instalowana. Tak napisała rzecznik ratusza, Monika Dąbrowska. Zgodnie ze znaną od kilku lat taktyką stosowaną przy ul. Roosevelta nazywaną przeze mnie „to nie my, to oni” znalazła też winnego opóźnienia, którym oczywiście nie jest urzędnik. To ów rzeźbiarz, który ją miał przygotować za 5,5 tys. zł. „…ustalony termin zamontowania czapki harcerza na Pomniku Obrońców Inowrocławia na 31 maja br. nie został dotrzymany z przyczyn leżących po stronie rzeźbiarza, któremu zlecono wykonanie tego odlewu, a nie z winy urzędników” - czytamy w wyjaśnieniu z ratusza.
Kto był odpowiedzialny za dopilnowanie, by zlecona praca została wykonana w terminie, już nie napisano. Pewnie też ktoś spoza urzędu. Bo w nim wszystko chodzi jak w zegarku.
Wiele rzeczy w Inowrocławiu jest obiecywanych, zapowiadanych oraz planowanych. Zaskakująco niewiele dzieje się już po tych szumnych słowach, że „już niebawem będzie”, „przygotowujemy się”, „mamy w planach”. Postanowiliśmy więc choćby tak pokazać, jak to czasem dzieje się w praktyce. To taki malutki, doraźny przykładzik. Wielkie znajdą sobie wszyscy, którzy pamiętają jesienną kampanię wyborczą.

