Inowrocławski rowerzysta od wielu lat znajduje się między młotem a kowadłem. Ma bowiem do wyboru jeździć ulicą i narażać życie (bo nie oszukujmy się, że ktoś jeszcze pamięta o obowiązującej „pięćdziesiątce”), albo jeździć chodnikiem i liczyć, że nie zauważą go strażnicy miejscy, którzy dadzą mu mandat (w całym Inowrocławiu formalnie obowiązuje zakaz jazdy chodnikiem).
Odnoszę wrażenie, że w naszym mieście zapomniano wręcz o rowerzystach. Tymczasem można przecież kombinować. Skoro nie ma pieniędzy na budowę nowych ścieżek, to można choćby adaptować na nie część chodników. Nie wydaje mi się, aby piesi mocno protestowali, jeśli „przetnie się” jedną trzecią chodnika białą krechą zarezerwowaną dla jednośladów. Tak można rozwiązać sprawę na osiedlach typu Rąbin albo Piastowskie, gdzie chodniki nie są mocno zatłoczone jak choćby na Królówce. Trzeba mieć jedynie chęci.
Zresztą paradoskem jest, że w mieście uzdrowiskowym rowerzysta jest traktowany jak człowiek drugiej kategorii. Zamiast zachęcać do pedałowania i zrezygnowania ze smrodzenia samochodem, daje mu się ochłap w postaci dwóch ścieżynek i zestawu zakazów. Więcej o ścieżkach jutro w „Expressie”.


Zanim zacznie się planować ścieżki dla rowerzystów,najpierw należy wyremontować drogi i chodniki dla pieszych,bo w niektórych miejscach są takie pułapki,że można nogi połamać.
Alek, ehehe, prawda, na niektórych odcinkach można się zabić, a co najmniej powybijac sobie zęby, co jednak nie zmienia faktu, że ścieżki rowerowe to palący problem Inowrocławia.