Janusz Kiszka z Platformy Obywatelskiej jest trochę misiowaty - rubaszny czasem, pogodny niczym misio z ruskich bajek, ale sympatyczny raczej. W jego jaskini, w której przygotowywał się do snu zimowego, zapolowały na niego inne misie. I zaczęła się walka, w której znalazł się on w sytuacji przypominającej dzielenie skóry na niedźwiedziu.
Miał zostać wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej. Ale inne misie z PO na zebraniu postanowiły, że nie potrzeba im misia, który będzie miał fotel (w domyśle - tego misia, bo być może inny to mógłby na nim zasiąść). No i zaczyna się kołomyja, choć jeszcze na dobre Rada Miejska nie zaczęła pracować.
Apeluję do wybrańców ludu w liczbie 23 (bo domyślam się, że opozycja nie daruje sobie takiego deseru i kopnie w kostkę koalicjantów). Proszę Państwa! Nie róbcie nam z samorządu „Z kamerą wśród zwierząt”.

